Close

Sierpień 13, 2017

Małżeństwo dla wizy

Miała być długa biała suknia, grawerowane obrączki, wielkie przyjęcie i zabawa do rana. Najlepiej mężczyzna z sąsiedztwa ubrany w dobrze skrojony garnitur. Gołębie wypuszczane do nieba, witanie chlebem i solą, przenoszenie przez próg.

Rozklekotana taksówka zabrała nas spod akademika w deszczowy dzień. Trzymających się za ręcę. Mnie w czarnej sukience przed kolano i jego w jasnych jeansach. Podzieleni kulturami, narodowościami i rodziną, mieliśmy się połączyć więzem małżeńskim. Z miłości? Nie. Dla wizy.

Z miłości mieszkaliśmy ze sobą od roku. Wspieraliśmy się w najcięższych chwilach. Dawaliśmy sobie powody do uśmiechu. Mój przyszły mąż odprowadzał mnie pod uczelnię. Ocierał łzy. Dodawał sił. Prowadził ze mną niekończące się rozmowy o życiu i śmierci.

Bez ważnej wizy musiałby wyjechać. Zostawić mnie samą broniącą pracy magisterskiej. A przecież chcieliśmy być razem. Zostawienie studiów na tym ostatnim etapie nie było rozsądną decyzją naszym zdaniem.

Pod urzędem stanu cywilnego czekało na nas grono moich najbliższych koleżanek z kwiatami. Dwie z nich były świadkami na naszym ślubie. Po ceremonii poszliśmy wspólnie do pobliskiej pizzerii. Obcierały mnie buty na obcasie.

Ten dzień miał zmienić w naszym życiu tak wiele. Przecież mąż Egipcjanin po ślubie staje się potworem. Bije żonę, zamyka ją w domu, wywozi do własnego kraju (często wbrew jej woli), by tylko przejąć władzę nad potomstwem.

Tak naprawdę tego dnia zmieniło się tylko jedno: moje nazwisko. Mieszkaliśmy razem już przed ślubem. Spędzaliśmy ze sobą niemalże cały wolny czas. Dzieliliśmy obowiązki, wspólnie zarządzaliśmy finansami.

W tym roku minęło sześć lat od dnia, w którym zawarliśmy związek małżeński. Mamy dwóch synów. Mieszkamy w Egipcie. Jestem tak zniewolona, że z „piwnicznej celi”, zza której obserwuję palmowe liście poruszane przez wiatr, piszę bloga. Wspólnie prowadzimy firmę, którą od podstaw budowaliśmy. Mąż wciąż nie ma polskiego paszportu, ani wizy. Ja ze swojego tytułu naukowego nie korzystam.

Wciąż się kochamy i dbamy o siebie. Wciąż wiemy jak doprowadzić tę drugą osobę do śmiechu i chętnie to robimy. Wciąż spędzamy razem niemalże cały wolny czas. Teraz ze względu na wspólną firmę, niemalże wszystkie spotkanie biznesowe czy czas pracy per se – to też wspólnie spędzone godziny.

Tak wiem, jeszcze zobaczę. Wyjdzie szydło z worka. Tak jak miało wyjść po ślubie, po narodzeniu pierwszego dziecka, po wyjeździe z Polski, po zamieszkaniu w muzułmańskim kraju, po pierwszym konflikcie z egipską teściową.

Rzadko wracam wspomnieniami do naszego ślubu. Zamiast o tym pięknym, słonecznym dniu, pełnym przepychu, myślę o tych przeszło dwóch tysiącach szczęśliwych dni, które nastąpiły później. I gdybym dziś miała wybierać: bajkowy ślub, czy udane małżeństwo, wybrałabym dokładnie tak, jak przed laty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

two × three =