Koronawirus w natarciu – 3 sytuacje, które zapadną mi w pamięci

koronawirus w natarciu

Jako, że czas to przede wszystkim trudny, smutny i napawający wielu z nas strachem, zacznę od najśmieszniejszej sytuacji związanej z koronawirusem, która miała miejsce. Bo i takie się zdarzają.

Party time

Pewnego poranka do moich synów (7 i 9 lat) przyszedł kolega w zbliżonym wieku, by zaprosić ich na „domówkę”. Taka tam impreza z wstępem dla osób poniżej 12lat w czasach koronawirusa. Sam fakt organizacji takiego wydarzenia nie wiem czy bardziej śmieszny czy straszny. Ale pomysł był, a i rodzice kolegi najwyraźniej nie mieli nic przeciw zgromadzeniu kilkunastu osiedlowych dzieci w swoim ogrodzie. Przyszedł więc jedenastoletni imprezowicz – organizator i zaprasza. Troskliwy tata moich dzieci, praktykujący muzułmanin, nie pijący i nie palący od zawsze (to bardzo ważne w tej historii) wyszedł więc do chłopca i pyta co to za impreza, ile ma być osób, czy coś mieliby ze sobą przynieść. Chłopiec grzecznie i z pełną powagą tłumaczy, odpowiada na każde pytanie, a na koniec dodaje, że przynieść powinni tylko alkohol…

Myślę, że nawet w niemuzułańskim kraju, gdyby dziecko zapraszało inne dzieci na imprezę, prosząc ich ojca by przyniosły ze sobą alkohol, to taki rodzic byłby przynajmniej zdziwiony. Nas, tutaj, w kraju, gdzie bardzo wielu dorosłych nie pije, a spora część pijących też się z tym nie afiszuje, zamurowało totalnie. Czyżbyśmy się przesłyszeli?!
– Alkohol?!
– Tak, alkohol. Wiesz wujku***, żeby ręce zdezynfekować …
😀

Od śmiechu do łez

Najsmutniejszy był chyba moment, gdy podszedł do nas mężczyzna umyć nasz samochód. Taka niby zwyczajna sytuacja. Codzienna. W Egipcie często ludzie (w tym też dzieci) myją samochody, jak się zatrzyma przy sklepie, czy pójdzie do kawiarni. Przecierają szybko szyby na skrzyżowaniach by zarobić choćby z pięć funtów. I to samo w sobie jest smutne, zwłaszcza jak robią to dzieci w wieku szkolnym, w czasie gdy powinny się kształcić.

Ale akurat tej konkretnej sytuacji i tego konkretnego mężczyzny chyba nie zapomnę. Samochód okurzony był na maksa. Mężczyzna podszedł i zaczął przecierać drzwi. Bassem zażartował, żeby lepiej wytarł najpierw szybę, bo brudna niesamowicie, ale jak przetrze nam szybę tą samą szmatką, jak już będzie cała w piachu, to już w ogóle nic nie będzie widać.

A mężczyzna odpowiedział wtedy, że „przeprasza, że nie wie jak się do tego odpowiednio zabrać, ale to nie jest jego zawód” („Mish shogleti”)
I nagle spadło na nas jak grom z jasnego nieba ile jest teraz takich osób, które wiodły normalne życie, miały od lat stały dochód (zbyt niski by zgromadzić oszczędności), a teraz zostały z pustymi rękami i rodziną do utrzymania. Szukających jakiegokolwiek zajęcia, które pozwoli im zarobić na chleb.

Sama się bałam odrobinę jak długo będę w stanie zarabiać. Ale tylko mi się tliło gdzieś to z tyłu głowy. Bo przecież, jeśli tylko zdrowie będzie, to „na chleb” (czy w naszym przypadku: na ryż) jakoś naskładamy. Tylko, że do tego musi być właśnie przynajmniej zdrowie.

Lęk i bezsilność

Generalnie mam takie podejście, że co ma być to będzie i zwykle nie stresuję się zawczasu nadmiernie. I choć koronawirus zmienił nasze życie dość mocno, bo przestali przecież przylatywać turyści, to jednak nie bałam się infekcji. Ja swoje już odchorowałam w życiu, więc wiem, że niezależnie od tego czy cały świat ogarnięty jest pandemią, czy nie, śmiertelne choroby chodzą po ludziach. A dzieciaki moje mają przecież silne organizmy, ciągle w ruchu na świeżym powietrzu, jedzą zdrowo i nie łapią zbyt często infekcji. Aż nadszedł ten dzień, gdy obudził mnie syn z czterdziestostopniową gorączką.

Serce zaczyna walić jak oszalałe, mocne bicie czuć w każdej części ciała. W kilka minut ulatnia się zupełnie cała pewność siebie i strach przejmuje kontrolę. W gardle rośnie nagle wielka gula, niepozwalająca swodobnie oddychać. I gdyby to był normalny czas, to mogłabym zabrać go do pediatry, albo do szpitala. Nie mówię, że od razu, bo przecież gorączka to naturalna reakcja organizmu, ale wiedziałabym, że mam taką opcję. Ale w okresie, gdy słyszy się codziennie, że w Egipcie jest 1500 nowych zachorowań dziennie, że umierają zakażeni lekarze, nie wiedziałam co gorsze: walczyć z tym cholerstwem sama samiuteńka czy zabrać syna do specjalisty, u którego, jeśli jeszcze nie ma koronawirusa, jest spore prawdopodobieństwo, że w tym stanie go złapie.

Na szczęście po kilku dniach i po antybiotyku gorączka spadła. I nie był to koronawirus, tylko siedzenie pod klimatyzacją odbiło mu się podwójnie.  Ale, jak zapewne jesteście sobie w stanie wyobrazić, tego, co przeżyłam w tym czasie nie da się zapomnieć.

Myślicie, że to szaleństwo dobiega już końca? Może też mieliście jakieś śmiesze / zaskakujące sytuacje związane z pandemią, którymi chcielibyście się podzielić w komentarzach.

 

*** w Egipcie standardowo dla dzieci każdy dorosły mężczyna jest wujkiem, a kobieta ciocią. Taka odmiana dla polskiego pana/pani.

Dodaj komentarz

seven − 4 =